piątek, 25 marca 2011

Wstęp do filmoznawstwa

Wstęp przed wstępem właściwym: pierwotnie publikacja miała przybrać formę ebooka, jednak przy moim słomianym zapale nigdy zapewne nie zostałaby ukończona. Forma jej jest raczej dowolna - przedstawiam, oprócz podstawowych wskazówek, swoje dywagacje (wynurzenia, chłopie, wynurzenia) na temat filmu w szerokim ujęciu. Jak długa będzie seria? Nie mam pojęcia. Zależy na ile grafomańska żądza pozwoli. Zaczynam od wrzucania tego co już zostało jakiś czas temu napisane.


Wstęp do filmoznawstwa

   Zrobiłeś kiedyś film? Zrobiłeś! Kto nie zrobił?! W dobie powszechnego dostępu do coraz tańszych urządzeń nagrywających, kręcenie filmów wcale nie jest jakimś wysublimowanym hobby. Gorzej, że często produkcje takie do niczego się nie nadają. Mówisz, że spotkało to również ciebie? Czytaj dalej!
   Zazwyczaj wszyscy zaczynają podobnie. Naszą wielką, amerykańską produkcję nagrywamy telefonem komórkowym, albo kamerą segmentu domowego, jeśli jesteśmy super-hiper-pro twórcami, najlepszymi na osiedlu. Aktorami są koledzy. Scenariusz jest zwykle bardzo skomplikowany (ewentualnie, żeby produkcję uczynić bardziej profesjonalną, zmieniamy Andrzej na Andrew, a Wacław na Dick, albo najlepiej na Johnny).



- Andrzej!
- Co?!
- Gówno!
Andrzej uderza Wacława    
w twarz.    




Nokia e71 na maksymalnym zoomie pokazuje skupioną twarz Andrzeja, gdy kolega zaczyna do niego mówić. Niezbyt płynna zmiana długości ogniskowej. Kamera traci oba obiekty z pola widzenia, bo operator nie wytrzymuje i zaczyna się śmiać, kiedy Wacław dostaje w gębę. Z tyłu słychać ryki kolegów, komórka leży już gdzieś na ziemi.


    Pierwszy film już mamy. Porywająca fabuła, niesamowicie precyzyjna gra aktorska, profesjonalny operator. Dopiero, gdy w komentarzach na Youtubie przeczytamy „co za gufno!”, uświadomimy sobie, że nasza produkcja wcale nie była tak dobra jak na początku nam się wydawało i nie zapewni nam raczej na stałe miejsca w panteonie kinematograficznych sław.
    I tutaj właśnie z pomocą przychodzę ja i pozycja, którą właśnie czytasz. Dzięki mnie zostaniesz nowym Bergmanem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz